wtorek, 2 lutego 2010

Kochana suteryno!


W Brnie można dostać kawę za raty lub na raty, albo jak ktoś nie zasłoni "v" to dostanie ją za bramą ;)...można też zostać zaczepionym przez Pijaczka-Historyka z dziurą w spodniach, który prawi morały i opowiada historię Brna...ale można też powiedzieć, że się nazywa: "ahoj" i "díky,ahoj" i wtedy się odczepi.

W każdym razie już trzeci raz weszłam na brnieńską wieżę, ale muszę powiedzieć,że widok zimowy najładniejszy :)

I tak się toczy czas od przejścia obok recepcji do powrotu i od ostatnich darć mord hiszpańskich do norskiego salatu :D.Od smażonego sera do lodowiska i te de i te peeee.

niedziela, 31 stycznia 2010

PL---->CZ

Nadeszła wiekopomna chwila,że powracam do Czechosłowacji! Przynajmniej niektórzy tak to ujmują. Słowacji już tam co prawda nie będzie w znacznej mierze - została tylko Dada, reszta pojechała do domu - ale jakoś sobie poradzimy.Jedeme spolu s moją Ewką, więc siedzieć w pokoju nie będziemy (z resztą i tak ponoć wiele z okna jak diabli)...

Miesiąc nie pisałam, miesiąc w domu posiedziałam, pospałam, pojadłam, poodwiedzałam... i trzeba teraz jeszcze powiedzieć 'good bye Brno,see you later' i z godnością nie dać się wkurzyć Janskiej przy wymeldowywaniu.Cleaning lady ala MONAR też ma swój udział w podpisywaniu się na karteczce ;).

Idę się dopakować!

poniedziałek, 21 grudnia 2009

Pest cz.2

Ktoś, gdzieś, kiedyś rzekł: podróże kształcą. Po węgiersku brzmi to: "kaasza, kaaasza, kasssza, kassszzaa".Człowiek zawsze czegoś nowego doświadczy, zwłaszcza jeżeli chodzi o zimowy wypad do pięknego miasta. Okazało się, że "strong Hungarian money" tzn.forint, dostarczył nam wielkiego pola do popisu i że nie bez powodu jesteśmy na studiach humanistycznych. Wypłacasz z bankomatu 25 tys. w gotówce... w Polsce miał byś auto, w Czechach motor a na Węgrzech buty zimowe prosto z katalogu dworcowo-ulotkowego. No i chowasz te 25 tys do portwela, liczysz, liczysz i wychodzą cuda wianki.A potem zapłać lekką ręką 1500 forintów za obiad.Drży coś tam w człowieku, bo myśli sobie - kupa forsy.A to 24 zł nasze polskie. No,ale udało się przez to przebrnąć.
Udało się też ulokować w apartamencie, po wielu przebojach. Najpierw miał być hostel - ale Pan nam powiedział silnym angielskim z silnym akcentem ;), że "is full".Potem miało być inne lokum, ale "some turists idiots, they make a bread in this"...czyli w piecu z którego unosiła się woń kapuchy i nie dało się oddychać bez żalu.No to dawaj kde jnde! Podsumowując - z zamówionego przez nas wcześniej hostelu wyszło mieszkanko z błękitną wanną na ulicy obok CBA, czyli inszej żabki.

Tam przespałyśmy kilka nocy, wypiłyśmy kilka win, zjadłyśmy kilka sardynek i nawet kilka razy zrobiłyśmy sobie rentgen.A samo miasto?Powiem tyle - chcę tam jeszcze wrócić. Dzięki - Dziewoje!

środa, 16 grudnia 2009

Buda cz.1

Byla jsem s holkami v Budapešti. Ta věta nestačí. Nestačí říct, že bylo jako ve snu, že ledový vzduch jsme musely porazit svařákem.Nestačí ani skočit a zazpívat, že život je krása.Prostě Buda&Pest - zázrak. Trochu komunismu v metru, trochu krásných obličejů na ulicích, lidé a jejich téžký jazyk který zní jako jazykolam.A v tom my čtyři, osm noh, a tisíc nápadů, myšlenek, pohledů.Díky za vše! Ted' otázka o oblíbené město se stává snadnější než dřív...prostě je třeba se tam vrátit a zase to prožit...

piątek, 11 grudnia 2009

Jsem ze stolice, ty kokso!

Pierwsza przed Państwem fotka z pięknej spelunki, Mydła, gdzie jest pokój w którym można się zregenerować. Ze strachu nie weszliśmy tam.


Byli my wczoraj śmy na 'Erasmus talnet show' w dawnej pralni z czterema pralkami,czyli w clubwashu w dzielnicy podejrzanej. Talent miała np.Azjatka wyjąca do mikrofonu, Węgierka i jej taniec brzucha [to już było spoko], Finowie czy tam Norwegowie (super :) śpiewali) no i grupa chłopców z gYtarami śpiewająca pieśń o Erasmusie: "Viniarska flu, I don't like you! Uuuuuu, I don't like you!".A potem trafiliśmy do Mýdla, czyli mydła, czyli lekkiej speluny, gdzie wściekła na wszystko kelnerka-metalówa z kolczykami w pysku miała różową gumeczkę we włosach.Aj wery macz lajk kontrast!

Później trafiliśmy na rynek, gdzie ujrzeliśmy zachwycającą wystawę szlafrokowo-świąteczną.Zielony na twarzy manekin kojarzy mi się z zapachem choinki i pierwszą
gwiazdką nie mniej niż domek dla chomików pod choinką. Tak serio to nie był domek dla tych zwierzątek, ale skarbonka. Ale Juda próbowała wkręcić Hrycę, że tam siedzą křečki [krzeczki] tj.chomiki. Hryca jednak nie miała w hlavě tyle grzanego wina, żeby w to uwierzyć całym sercem swym.

A teraz coś puentującego cały post. Otóż drodzy mili moi, nie mówcie nigdy do Czechów lub Słowaków STOLICA, bo "stolice" to po prostu 'stolec'. I tutaj zdanie: 'On jest ze stolicy' dopełnione zostaje drugim obraźliwym znaczeniem.

Poza tym udało mi się nauczyć wczoraj Pecia słów : "odkurzać", "myć naczynia".Stał się w ten sposób mężczyzną idealnym, bo jak powiedział: "Já to všecko poodkurzam", wszystkie dziewczyny westchnęły...Peciowi wywróżyłam tym samym żonę Polkę.

poniedziałek, 7 grudnia 2009

Mikuláš na koleji

Tytuł tego posta nie oznacza,że byłam na dworcu ostatnio. Chociaż przechodziłam obok, ale nie jest to istotne. Otóż "kolej" w języku naszych sąsiadów oznacza "akademik"...a "Mikuláš" to po prostu Mikołaj.Czy to nie jest logiczne? (Może nawet już o tym pisałam, ale mam sklerosis mosurosis in progress) No więc...przyszedł do nas święty jeden taki i zostawił nam prezenty. A teraz następuje uroczyste wymienienie z nazwy i króki opis.

Naturalnie na akademikowe Mikołajki dostaje się: ptasie mleczko, ciastka, kalendarze...a niektórzy dostali łososia norweskiego :D lub chrzan wasabi. Ci pierwsi są ze Słowacji i lubią słowo ŁOSOŚ (losos in Czech) a Ci drudzy to nie wiem...po prostu się fazują orzeszkami wasabi, to i chrzan się przyda.Mam na myśli Zuzkę i Judytę.A też się dostaje kalendarz adwentowy z czekoladkami, co się je ma jeść po koleji, ale że mieszkamy na koleji, to jemy je w porządku co najmniej dowolnym.I jeszcze się dostaje żelki i diabła z czekolady lub piernik.Tak to właśnie żyje się na obczyźnie o tym chlebie (z kminem) i wodzie (z cieknącego kranu) i marzy się o różnych takich.

A na malunku my.

sobota, 5 grudnia 2009

Bunkr



Nastał taki dzień na ul.Viniarskiej, żeśmy się zbunkrowali. Pi
erwszy zaczął Pet'o w zeszłym tygodniu, kiedy to cała reszta była na chodzie a do nas przyjechała w odwiedziny Holka z Bratislavy Saša Koper.Ola! Ola! Maniana! Czyli Olka. Potem bunkrowała się Dora, bo miała egzam z gramy w ten piątek,co był wczoraj.A teraz my mamy bunkier naukowy w pokoju.W sumie próbowałam coś powtarzać během týdne, bo na raz nie umiem i się zniechęcam, ale i tak jest tego dużo.Juda dzisiaj nas nawiedziła ze śmietnikiem, który chciała nam podrzucić ;) i doszło do bardzo naukowej dyskusji na korytarzu na temat końcówek w dopełniaczu.Skutek był taki, że i tak nie zburzyłyśmy bunkra.

Wyprałam za to czapkę i szalik, dając samej sobie do zrozumienia: Mosur, nie wychodzisz z pokoju, siedzisz przy biurku i z erasmusa-orgasmusa robisz pokojusa-kujoniusa.Tak to jest.Nawet w Brnie czasem się zdarzy egzamin.Ale kij z tym, sesji za to nie budziet!