poniedziałek, 7 grudnia 2009

Mikuláš na koleji

Tytuł tego posta nie oznacza,że byłam na dworcu ostatnio. Chociaż przechodziłam obok, ale nie jest to istotne. Otóż "kolej" w języku naszych sąsiadów oznacza "akademik"...a "Mikuláš" to po prostu Mikołaj.Czy to nie jest logiczne? (Może nawet już o tym pisałam, ale mam sklerosis mosurosis in progress) No więc...przyszedł do nas święty jeden taki i zostawił nam prezenty. A teraz następuje uroczyste wymienienie z nazwy i króki opis.

Naturalnie na akademikowe Mikołajki dostaje się: ptasie mleczko, ciastka, kalendarze...a niektórzy dostali łososia norweskiego :D lub chrzan wasabi. Ci pierwsi są ze Słowacji i lubią słowo ŁOSOŚ (losos in Czech) a Ci drudzy to nie wiem...po prostu się fazują orzeszkami wasabi, to i chrzan się przyda.Mam na myśli Zuzkę i Judytę.A też się dostaje kalendarz adwentowy z czekoladkami, co się je ma jeść po koleji, ale że mieszkamy na koleji, to jemy je w porządku co najmniej dowolnym.I jeszcze się dostaje żelki i diabła z czekolady lub piernik.Tak to właśnie żyje się na obczyźnie o tym chlebie (z kminem) i wodzie (z cieknącego kranu) i marzy się o różnych takich.

A na malunku my.

1 komentarz:

  1. Ja wcale się nie chwalę,ale zrozumiałam tytuł .Jestem zdolna ,nie?/mam to po Tobie :)
    Chciałabym tylko zobaczyć minę co niektórych/bez nazwisk/ co to twierdzą ,że czeski to ; tak jak polski''

    OdpowiedzUsuń