skip to main |
skip to sidebar
Pest cz.2
Ktoś, gdzieś, kiedyś rzekł: podróże kształcą. Po węgiersku brzmi to: "kaasza, kaaasza, kasssza, kassszzaa".Człowiek zawsze czegoś nowego doświadczy, zwłaszcza jeżeli chodzi o zimowy wypad do pięknego miasta. Okazało się, że "strong Hungarian money" tzn.forint, dostarczył nam wielkiego pola do popisu i że nie bez powodu jesteśmy na studiach humanistycznych. Wypłacasz z ban
komatu 25 tys. w gotówce... w Polsce miał byś auto, w Czechach motor a na Węgrzech buty zimowe prosto z katalogu dworcowo-ulotkowego. No i chowasz te 25 tys do portwela, liczysz, liczysz i wychodzą cuda wianki.A potem zapłać lekką ręką 1500 forintów za obiad.Drży coś tam w człowieku, bo myśli sobie - kupa forsy.A to 24 zł nasze polskie. No,ale udało się przez to przebrnąć. Udało się też ulokować w apartamencie, po wielu przebojach. Najpierw miał być hostel - ale Pan nam powiedział silnym angielskim z silnym akcentem ;), że "is full".Potem miało być inne lokum, ale "some turists idiots, they make a bread in this"...czyli w piecu z którego unosiła się woń kapuchy i nie dało się oddychać bez żalu.No to dawaj kde jnde! Podsumowując - z zamówionego przez nas wcześniej hostelu wyszło mieszkanko z błękitną wanną na ulicy obok CBA, czyli inszej żabki.
Tam przespałyśmy kilka nocy, wypiłyśmy kilka win, zjadłyśmy kilka sardynek i nawet kilka razy zrobiłyśmy sobie rentgen.A samo miasto?Powiem tyle - chcę tam jeszcze wrócić. Dzięki - Dziewoje!
Cuda-wianki niespodzianki - łoj, Mosur, trza nową wyprawę zaplanować:) Uściski z Poznania (Poznań wciąż do poznania...;)
OdpowiedzUsuń